Martyriowe

wydarzenia

Martyriowa pielgrzymka rowerowa

Trzeba przyznać, że martyriowo nie potrafimy wysiedzieć w miejscu i ciągle nas nosi, aby coś zrobić. I nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie wymyślili czegoś nowego. I tak podczas rozmowy naszych Duszpasterzy, od słowa do słowa pojawiła się myśl rowerowego wypadu, który z czasem przybrał formę pielgrzymki w trochę innym wydaniu.

I nastał ten upragniony dzień 13 lipca, kiedy to Mszą świętą o 7:00 rozpoczęliśmy naszą przygodę. Pogoda nie była wymarzona, ale nie było też najgorzej, gdyż kropił leciutki deszczyk. Założenia były takie, że każdy otrzymuje mapkę, trasę i sam dociera do kolejnego postoju, gdzie czeka na nas samochód z całym bagażem i stamtąd ruszamy dalej, każdy swoim tempem. Pan Bóg szybko nam objawił, że nie będzie tak, jak chcemy, więc zmieniliśmy decyzję i zaczęliśmy poruszać się grupą. Już pierwszego dnia się troszkę pogubiliśmy i zamiast 85 km zrobiliśmy 105 km, J ale szczęśliwi, po wielkiej burzy i wspaniałych widokach dotarliśmy na nasz nocleg do parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Czarnej Wodzie.

W czwartek przez pierwsze 20 km Pan Bóg oszczędził nas od spadających kropli z nieba, co pozwoliło nam się przeprawić przez las po dość pięknej, ale bardzo wyboistej drodze. Niestety później już nie było tak pięknie… Pojawił się zimy deszcz i wiatr przeradzający się w bardzo porywisty. I tak było aż do nocy. Do tego niespodziewane problemy z oponą i łańcuchami wystawiły na próbę naszą ufność pokładaną w Panu. Ale co najważniejsze, nie zwątpiliśmy, tylko wciąż zmierzaliśmy do celu, próbując w tym wszystkim nie przegapić piękna kaszubskiej przyrody i gościnności ludzi, którzy pojawili się na naszej drodze. Bo to dzięki ich miłosierdziu i pomocy udało nam się bardzo późnym wieczorem dotrzeć do parafii św. Marii Magdaleny w Strzepczu, gdzie mogliśmy doświadczyć niesamowitej gościnności ks. Proboszcza i Parafian, a przede wszystkim odpocząć, umyć się i wysuszyć, nie myśląc o kilometrach i przeżyciach, jakie nam towarzyszyły.

Piątek był dniem pełnego relaksu. Długie dopołudniowe wypoczywanie, spowodowane dość poważną awarią jednego z rowerów, a potem krótkim, w porównaniu do poprzednich dni, bo aż 40-kilometrowym odcinkiem do pokonania i dotarcia do Nadola. Podczas naszej drogi mogliśmy zobaczyć, jakie zniszczenia dokonał czwartkowy obfity deszcz i towarzysząca mu wichura… Tam poczuliśmy już we włosach powiew morskiej bryzy — byliśmy blisko morza, naszego celu.

No i w sobotę zerwaliśmy się skoro świt, aby dotrzeć na plażę do Dębek. Nim jednak tam dotarliśmy, na naszej drodze pojawił się Zakon Mniszek Benedyktynek w Żarnowcu, gdzie ugoszczono nas po królewsku.

To była wyjątkowa przygoda, której nie sposób opowiedzieć słowami. W sumie planowaliśmy przebyć drogę 205 km, a wyszło przynajmniej z 240 km… Nikt z nas nie wiedział, że aż tyle będziemy mogli przeżyć. Oprócz przepięknych widoków, wspaniałych ludzi, pyszności, jakie mogliśmy spożywać, każdy z nas miał czas na spotkanie z Nim, czy to we wspólnej modlitwie czy też indywidualnych przemyśleniach, do których byliśmy każdego dnia zapraszani przez naszych Duszpasterzy. Poczuliśmy też mięśnie, części ciała, które dotychczas nigdy nas nie bolały — można powiedzieć, że dowiedzieliśmy się o ich istnieniu. To wyjątkowe doświadczenie Miłosierdzia w Jubileuszowym Roku Miłosierdzia i XXXI Światowych Dni Młodzieży. A trzeba przyznać, że wrażeń jak na cztery dni było aż w nadmiarze. Spokojnie można by je rozłożyć na dwutygodniowe kolonie… Tak mocno zahartowani jesteśmy już gotowi na ŚDM w Krakowie.

Jezu ufam Tobie… Bo tylko z Tobą wszystko jest możliwe.